Relacja ze spotkania KUEK w Warszawie 6.6.2019 "14,5 mln PLN - cena dobrego imienia w biznesie" Rafał Brzoska CEO Integer

Aug 07, 2019

Popełnianie błędów jest inkrementalną częścią prowadzenia biznesu – pouczającą historię swoich biznesowych wzlotów
i upadków na spotkaniu KUEK opowiedział Rafał Brzoska.

 

Firma miała 400 mln długów, groziło odcięcie prądu, komornik chciał zając serwery, menedżerowie dostawali wypłaty w 10 ratach. W tej sytuacji zarząd podjął w dobrej wierze decyzję, żeby sprzedać spółkę Bezpieczny List firmie, która miała wyleasingować pracowników Poczcie Polskiej. Z 1200 udało się ze 150. Decyzję, o niewypłacaniu odpraw pozostałym podjęła tamta spółka, odium spadło na Rafała Brzoskę.

 

Tak w skrócie – w opowieści naszego najbardziej znanego korporanta - wygląda wydarzenie, które na ostatnie kilka lat zaważyło na jego reputacji: w głębokim kryzysie firma, której założycielem był Rafał Brzoska (choć w tym momencie był jedynie radzie nadzorczej) sprzedała spółkę Bezpieczny List firmie zewnętrznej, która odsprzedała ją kolejnej firmie. Pracownicy nie otrzymali odpraw i zaległych wynagrodzeń. Niedawno Rafał Brzoska zaciągnął kredyt w wysokości 14,5 mln na spłatę zobowiązań – w tym wobec ww. pracowników.

 

Na początku Rafał opowiadał znaną nam wszystkim historię: studia, ulotki, potem pierwsza w Polsce „prywatna poczta”, odrzucone oferty przejęcia firmy, miniaturowe blaszki pozwalające zhakować przepisy, które monopol na najlżejsze przesyłki dają Poczcie Polskiej. Strajk pocztowców w dzień rynkowej premiery InPostu, pomagający od razu osiągnąć wielki sukces i... śledztwo prokuratorskie, czy przypadkiem tego strajku nie zorganizował sam Rafał Brzoska. Potem obserwacja, że najdroższym elementem usług kurierskich jest ostatnia mila. W jej wyniku 100, 200, wreszcie 300 mln inwestycji w nierentowne początkowo paczkomaty, pozwalające zbić właśnie ten najbardziej dotkliwy koszt. I nerwowe oczekiwanie, bo paczkomaty dopiero odpowiednio gęsto rozmieszczone zaczęły „nagle” przynosić zyski krociowe zyski. Rafał do tej pory wspomina z przekąsem reakcje menedżerów konkurencji, którzy mówili, że to produkt jedynie dla internetowych freaków.

 

- Porażka to rzecz wtórna. To efekt sukcesu. Porażkami zawsze nazywa się upadek – mówił Rafał Brzoska. - To jest determinanta tego, jak duży sukces się wcześniej odniosło.

 

Jak to się stało, że potem wszystko zaczęło iść coraz gorzej?

 

- Co mnie zgubiło to słynne hasło Andreottiego „Jeśli wszystko pod kontrolą, to znaczy, że jedziemy za wolno”. Miałem klasyczne dolary w oczach, widząc jak spółka która wchodziła na giełdę po 11 złotych (za akcję) zaczęła przebijać kolejne sufity, 30, 50, 100, 200, 300 złotych. Wycena 2 mld, potem 2,5. - Co gubi każdego, to wiara, że Sky is the limit – kontynuował. - Bo kluczem jest nie to, żeby hamować siebie w tym głodzie sukcesu. Tylko po każdym sukcesie cały czas trzeba być gotowym na strzał. Trzeba mieć przeświadczenie, że się nie jest przezajebistym, nie jest się nieomylnym, nie jest się alfą i omegą, nie ma się nieograniczonego kapitału.

 

Rafał – co przyznaje - w złotym okresie te hamulce utracił. Paczkomaty zaczęły jak grzyby po deszczy wyrastać w kolejnych krajach, pomimo, że biznes doskonale się rozwijający w Polsce, za granicą nie święcił triumfów. W Wielkiej Brytanii 10 mln straty miesięcznej, we Francji 7 mln, w Rosji 2 mln. Kolejne emisje akcji i obligacji mimo fantastycznych kwot (150, 270 mln.) nie były w końcu w stanie pokrywać lawinowo rosnących strat.

- Jesteś prawie miliarderem, globalną firmą, dostajesz statuetki, nagrody, wywiady, splendory spłynęły. Na każdej imprezie jesteś gościem, wszyscy chcą z tobą przybić piątkę – tak Rafał Brzoska zapamiętał tamten okres.

 

Upadek był bardzo szybki i znaczący, nagle się okazało, że obligacje przestały się sprzedawać, kurs giełdowy spadał, inwestorzy pytali w kółko, gdzie obiecane wyniki. W końcu przegrany przetarg na korespondencję sądową. Dwa tygodnie zajęła mu decyzja o zamknięciu rynków, w które zainwestował ogromne pieniądze i przyznanie się przed sobą do tego, że międzynarodowego mega sukcesu nie będzie. Rafał opowiada, że rady kilku najbliższych osób pozwoliły mu dojrzeć, że w obecnym kształcie jego biznes dalej nie pojedzie. Zamiast snuć sny o potędze, trzeba było szukać inwestora i ratować co się da.

 

Nastąpił ciąg drastycznych decyzji oszczędnościowych. Zamykanie oddziałów zagranicznych lub redukcja do kilku osób, wyprzedawanie sprzętu grubo poniżej wartości, wypłacanie faktur menedżerom w ratach. W końcu zastawienie własnego domu pod wypłaty dla najważniejszych pracowników. Wizyta komornika, chcącego zaplombować serwery, ale uprzednio wyłączyć je i odwrócić, żeby spisać numer seryjne. InPost uratowała wezwana przez Brzoskę policja. Oczekiwanie na sfinalizowanie umowy z inwestorem trwało 8 miesięcy, przez które liczni doradcy namawiali go do ogłoszenia bankructwa.

- Wiecie, że są dwie opcje – opowiadał Rafał. - Pierwsza jest taka którą wybiera większość menedżerów: idziemy na łatwiznę, składamy wniosek o upadłość, niech sąd powoła syndyka, niech syndyk się martwi kogo zaspokoją a kogo nie. To jest 99% przypadków tym kraju. To tak naprawdę scenariusz najprostszy.

 

Sam finał historii Bezpiecznego Listu, Rafał Brzoska opisywał następująco:

„Mieliśmy 400 mln długu, w obligacjach, w kredytach, plus zadłużenie dostawców oczywiście(...). Jedną z tych decyzji, jedną z dwustu, która została wyolbrzymiona, była sprzedaż spółki Bezpieczny List, do kontrahenta, który miał gotowy właściwie kontrakt z Pocztą Polską na leasing pracowników. Mieliśmy 2 opcje: upadamy spółkę w pracownikami w grupie. I tak by nie dostali wynagrodzenia, ale w związku z tym, że każdy z nich był ubezpieczony (bo każda umowa była ozusowana nawet i terminowe zlecenia). Albo dajemy szansę pracownikom i komuś, kto może wyleasingować ich do Poczty, która w tym czasie gorączkowo szukała rąk do pracy. I zarząd wtedy w dobrej wierze podjął taką decyzję. Problem zrodził się wtedy, kiedy okazało się, że firma, która przejęła tę spółkę, nie domknęła, a właściwe domknęła kontrakt z pocztą, ale na znacznie mniejszą liczbę pracowników, nie na 1200 ale na 150 na resztę nie miała środków na ich wynagrodzenia a nawet na zwolnienia. I okazało się, że odium spadło nie na spółkę, nie na zarząd. Spadło na Brzoskę. Brzoska jest oszustem, który stwierdził, że najłatwiej będzie mu pozbyć się 1200 pracowników. Ci pracownicy to były 4 mln, przy 400 mln długów, które mieliśmy. (...) Nikt przy zdrowych myślach by nie myślał, że to jest sposób, żeby na czymś zaoszczędzić. Najprościej jest upaść spółkę, jest fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych, który wypłaca wynagrodzenia i jest po temacie. Tak upadało mnóstwo innych firm w Krakowie i Warszawie, które były rozpoznawalne. Patrząc przez pryzmat tej konkretnej decyzji, echo tej decyzji, odium tej decyzji spadło na mnie.”

 

 

 

 

 


Other news

Nasza strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Szczegóły w polityce prywatności >>