Relacja ze spotkania w Warszawie 07.11.2019 Wartość, wzrost zysk. Frapująca wycieczka w świat inwestycji z Pawłem Biedrzyckim

Nov 17, 2019

Podobno w swoich początkach “This War of Mine” zupełnie nie przypominała rewolucyjnej gry uświadamiającej graczom okropności wojny. Oryginalnie to miała być Bóg wie która fabuła o apokalipsie zombie. Pomysł nie budził entuzjazmu ani w zespole, ani wśród inwestorów. 

Idea, by akcję zlokalizować w warunkach prawdziwego konfliktu zbrojnego, przypominających Sarajewo z czasów wojny jugosłowiańskiej, twórca gry i założyciel 11 bit studios wpadł zupełnie przypadkowo, podczas lektury artykułu opartego na przeżyciach mieszkańców oblężonej stolicy Bośni i Hercegowiny. Efekt? Niepozorna na pierwszy rzut oka gra strategiczna podbiła serca zarówno graczy jak i recenzentów na całym świecie, zdobywając m.in. nagrodę publiczności na konkursie Independent Games Festival i - co najważniejsze dla inwestorów - zwracając nakłady na produkcję podczas pierwszych dwóch dni dystrybucji.

 

To tylko jedna z anegdot, którymi swój wykład ubarwił Paweł Biedrzycki. Paweł, jest magistrem inżynierem z branży informatycznej, ale nigdy w tej branży nie pracował. W 2007 roku, w szczycie hossy na GPW założył bloga Strefainwestorow.pl i rozpoczął pisanie o giełdzie, najpierw jako freelancer, teraz jako szef redakcji. 

 

Pierwsze pieniądze - wtedy jeszcze należące do rodziców - Paweł zainwestował równo 10 lat wcześniej, w roku 1997 roku w szczycie hossy lat 90-tych. Szczęśliwie, mimo spadków, akcji nie sprzedał. Z pięciu spółek, które kupił, jedna, Boryszew, wynagrodziła rodzicom zszarpane nerwy. Kilka lat później za pieniądze ze sprzedanych akcji kupili sobie dom. Gdyby udało się te akcje potrzymać dłużej, domów mogłoby być kilkanaście. Te przygody nauczyły Pawła, że świadomie uczestniczyć w hossie to trudne zadanie.Nawet zaawansowanym inwestorom zdarzają się takie lata jak 2014 - rok wytężonej pracy, która nie przynosi praktycznie żadnych zysków. 

 

Paweł wyróżnia dwa podejścia do inwestowania - inwestowanie w wartość - firmy, które zdobyły już znaczącą pozycję na rynku i, przy okazji, posiadają znaczący kapitał. Drugie podejście to inwestowanie we wzrost - czyli w to, ile dana firma może zarabiać w przyszłości. Obydwa sposoby mogą przynosić znaczące pieniądze (Choć wzrost, co wykazują wieloletnie badania, daje więcej.). 

 

Paweł przywołuje przykład człowieka, którego kiedyś poznał na studiach doktoranckich. Przedstawił się on jako rehabilitant oraz… inwestor giełdowy. Szczególny typ inwestora, który posiada akcje wyłącznie jednej spółki. Człowiek ten jeszcze na początku lat 90-tych kupił pakiet akcji KGHM. Szczęśliwie nie wypłoszyły go wahania kursu wynikające z giełdowych hoss i bess. Do tej pory dywidendy od nabytych wiele lat temu akcji są dla tego człowieka znaczącym źródłem dochodu. 

 

Inwestowanie w spółki wartościowe - właśnie ze względu na dywidendy - jest w polsce zdecydowanie popularniejszym modelem. Spółki wartościowe, posiadają znaczący majątek trwały jak park maszynowy, nieruchomości, fabryki itp. To jest poniekąd klątwą tych spółek, gdyż obliczając takiej firmy względem posiadanych aktywów z reguły nie uzyskujemy imponującej liczby. A zatem - żeby dużo zarobić, trzeba naprawdę dużo pieniędzy w akcje takiej spółki włożyć. Spółki wartościowe generują przychody w miarę stabilnie, choć na ich wyniki często wpływają mocno cykle koniunkturalne, jak np. wahania cen miedzi w przypadku wspomnianego KGHM lub ropy w przypadku Orlenu i Lotosu. Nie są to dochody nadzwyczajne, dość rzadko przekraczają rocznie 5% od wartości posiadanych akcji, ale to w dalszym ciągu więcej niż można w chwili obecnej zarobić np. na lokatach. Do tej grupy należą też np. deweloperzy, choć kiedyś tak nie było. W hossie budowlanej 2006-2008 deweloperzy uznawani byli za... spółki wzrostowe. Każda epoka miała swoje - np. w XIX wiecznych Stanach Zjednoczonych wzrostowy biznes budowały np. spółki kolejowe, w późniejszym okresie - radio. 

 

Spółka wzrostowa ma stosunkowo małe aktywa, głównie składające się z wartości niematerialnych i prawnych, jak patenty, prawa do znaków towarowych i innego typu kapitał intelektualny. Paweł posługiwał się przykładem wspomnianego producenta gier, 11 bit studios. Oczywiście spółek gamingowych mamy w kraju o wiele więcej jak choćby słynny CD Projekt. Inny wzrostowy sektor to “life sciences”, czyli biotechnologia i produkcja urządzeń medycznych - patrz produkująca testy do wykrywania gronkowca PCR|ONE, czy Medinice rozwijająca technologie związane z kardiologią. Szybko rosną też rynki oprogramowania udostępnianego w trybie SAAS,  produkcja urządzeń ze świata Internet of Things, oraz fintech (dwa ostatnie sektory dość ubogo reprezentowane w Polsce). Technologie tworzone przez takie firmy, podobnie jak gry, mogą podbijać cały świat dając ogromne możliwości wzrost skali biznesu, a zatem również cen ich akcji. 

 

Przychody spółek wzrostowych, jak sama nazwa wskazuje, dynamicznie rosną, choć wcale nie muszą prowadzić do zysku. Nawet lepiej, jeśli taka firma jeszcze nie przynosi zysków. To znaczy, że znajduje się we wstępnej fazie rozwoju i prawdziwe konfitury - czyli taaaaki wzrost kursu - dopiero przed nami. Dywidendy od takich spółek nie mamy co oczekiwać, ale nie ma się czym przejmować. Tutaj zarabia się na wzroście kursu akcji. 

 

Ja lubię spółki wzrostowe z jeszcze jednego powodu  - żartuje (przynajmniej po części) Paweł Biedrzycki. - Dlatego, że nie ma z nich czego kraść. Nie ma w nich dużo pieniędzy, więc nie ma czego defraudować i wyprowadzać. A w przypadku polskich spółek wartościowych takie sytuacje nie należą do rzadkości. 

 

Spółkami wzrostowymi rzadko interesują się inwestorzy instytucjonalni. Taka 11 bit studios, choć od jej wejścia na giełdę kurs jej akcji wzrósł o 8800% nie jest dość duża, by znacząco wpłynąć na wyniki obracającego setkami milionów funduszu. Ale dla prywatnego ciułacza, który inwestuje kwoty rzędu kilku-kilkudziesięciu tysięcy złotych, spółka wzrostowa może stać się inwestycją życia i na zawsze zmienić jego sytuację materialną. Tak jak pewnego znajomego Pawła, który ulokowawszych w aktywach gamingowego (wtedy jeszcze) mikrusa 50 tys. złotych, sprzedał je po kilku latach za… 30 milionów PLN. 

 

Jak wybrać obiecującą spółkę wzrostową, w którą warto zainwestować ciężko zarobione pieniądze? Przede wszystkim sprawdźmy, czy spółka działa na rosnącym rynku. Jeśli branża rośnie jak na drożdżach, klienci walą drzwiami i oknami, to dobry prognostyk. Rynek jest w stanie wybaczyć spółce nawet istotne błędy w zarządzaniu. Kolejny istotny czynnik sukcesu to odpowiednio rozproszony akcjonariat, mówiąc po ludzku, dużo małych inwestorów. Jeśli spółka ma rosnąć na giełdzie, to musi utrzymywać wysoką płynność akcji. Zwykle założyciele od czasu do czasu sprzedają swoje akcje po kolejnych sukcesach. Spółki wzrostowe, choć nie płacą dywidend mogą też wspomóc kieszenie inwestorów za pomocą programów motywacyjnych, np. udostępniając nowe emisje po niższych cenach. Ostatni czynnik to wycena. Spółka może osiągać znaczące sukcesy, ale jeśli jej akcje zostały nierealistycznie wysoko wycenione, ceny się nie odbiją się tak, jak życzyliby sobie tego inwestorzy.

 

Jak nietrudno zgadnąć, ocena spółek wartościowych wygląda całkiem inaczej. O ile w spółkach wzrostowych zależy nam na maksymalnej płynności tutaj jest… odwrotnie. Spółka wzrostowa powinna mieć jednego, dominującego właściciela, który obroni ją przed próbami wyprowadzania pieniędzy i będzie wymuszał na zarządzie odpowiednie wypłaty dywidend. Oczywiście, spółka powinna wypłacać dywidendy, ale powinna utrzymywać je na rozsądnym poziomie - pozostawiając w kasie fundusze na rozwój i inwestycje. Jeśli wypłaca całe zyski, lub - broń Boże - zaciąga kredyt na wypłatę dywidend, to znak, że w spółce dzieje się źle (Na przykład kończy się jej licencja na działalności lub planowane przez rząd przepisy znacznie podniosą jej koszty.) i władze próbują wyprowadzić z niej pieniądze za pomocą dywidend, póki to jeszcze jest możliwe. Lustrując spółkę trzeba też koniecznie sprawdzić jej zadłużenie. 

 

Niezależnie od tego, jaką strategię inwestycyjną wybierzemy, najważniejszy sposób na powodzenie jest jeden - kontakty i rozmowy. W przypadku spółek wzrostowych najważniejsze są rozmowy z ich władzami. Wyjątkiem od tej zasady nie jest historia kolegi Pawła, który zarobił fortunę na akcjach 11 bit studios. Skąd wiedział, że warto na nią postawić? Był kolegą założyciela firmy i wiedział dobrze, że jeśli ten człowiek zabiera się za produkcję gier, to należy spodziewać się hitów. 

 

Znam bardzo wielu prezesów spółek giełdowych i praktycznie uważam, że bez tego trudno jest inwestować na polskiej giełdzie w świadomy sposób - mówi Paweł wprost. - Mam niepisaną zasadę, że nie inwestuję w spółkę, jeśli nie znam ludzi, którzy tam pracują. Szczególnie właśnie wtedy, kiedy chcę inwestować we wzrost. Lubię wiedzieć, czy prezes naprawdę dobrze zna się na tym, co robi i jakie ma podejście do biznesu. Czy po osiągnięciu pierwszych zysków przeznaczy je na rozwój, czy na wynajęcie prestiżowego biura?

 

W przypadku spółek wartościowych warto z kolei rozmawiać z ich konkurencją. Oni często mogą podsunąć inwestorowi informacje o problemach, w które spółka niedługo wpadnie, choć jej bieżące raporty jeszcze ich nie wykazują. 

 

Wbrew pozorom, osobista rozmowa z władzami spółki to wcale nie jest taka trudna sprawa. Prezesi startujących firm chętnie spotykają się z inwestorami, organizują też konferencje, pojawiają się na branżowych imprezach. Wtedy dość łatwo zorientować się, czy założyciel i szef spółki naprawdę zna i pasjonuje się swoimi produktami, czy ma doświadczenie w ich tworzeniu, czy tylko próbuje podczepić się pod modną branżę.


Other news

Nasza strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Szczegóły w polityce prywatności >>